Witajcie dzisiaj, w ten odrobinę niewyraźny dzień lutego. Ogólnie nie przepadam za tym miesiącem, mam ostatnio wrażenie, że ubywa mi słów, a wszystko, co kłębi się w mojej głowie nie może znaleźć ujścia.
Cicho, ciemno dookoła. Cicho i ciemno wewnątrz mnie samej. Jakoś głucho. To, o czym chcę pisać jakoś nie może dojść do głosu od dłuższego czasu.
Dzisiaj trochę inaczej, trochę gorzko, bo i gorzkie są moje myśli. Postanowiłam poruszyć tematy, które jak ołowiane ściany, stoją przed wieloma z nas bezczelnie, bez perspektyw na zmiany. Zastanawiałam się ostatnio nad tym, kiedy kończy się przyjaźń. W momencie, gdy mówisz prawdę czy w momencie, gdy kłamiesz? Nigdy nie wiem ile człowiek jest w stanie znieść. A kiedy kończy się miłość? Kiedy zaczynasz czuć coś innego, czy gdy przestajesz czuć cokolwiek? Moje myśli ostatnio aż parzą mnie od środka, a ja szukam, bez przerwy.
Ile jesteś w stanie znieść dla człowieka, uwłaczając swojemu własnemu człowieczeństwu? Nie myślałam nigdy, że przyjdzie mi zastanawiać się, jak długo jeszcze coś wytrzymam. Nadchodzi kiedys moment, gdy boisz się własnych przemyśleń. Boisz się, że coś zaboli tak bardzo, że przejdziesz przez granicę wszystkiego, że złamiesz wszystkie swoje prawa i zasady. Złamiesz wszystkie prawa człowieka na rzecz człowieczeństwa.
Upokorzenie budzi w Tobie odrazę, ale godzisz się na to, bo nie masz innego wyjścia. Oszczerstwo zawsze spowoduje smutek, uronisz parę łez, usiądziesz sam ze sobą i powtórzysz sobie po raz dziesiąty, dwudziesty, setnotysięczny, że to będzie ten ostatni raz. I już wtedy, zaraz boisz się samego siebie, bo w głowie roją Ci się tysiące rozwiązań, nawet te najmniej ludzkie. Czy warto pozwolić sobie na zabijanie swojej godności, dopuszczanie do podtruwania jej notorycznie? Czy warto dać się zabić i pozostawać żywym.. Nie pozwól.