error 404 bad gateway

   Cześć wszystkim, witam u siebie. Ej, czy to jakaś złośliwość losu, że dzisiaj wyszło cudowne słońce i był naprawdę piękny dzień, a ja od rana mam pecha? Pomijając fakt czekania przez pół godziny o 7 rano na jakikolwiek autobus, który zabierze mnie z tej wiochy (tak miło, 4 domy za moim urywają się kieleckie strony) do cywilizacji, to nie powiem już nic o tym, że NAGLE zapomniałam, jak należy wykonywać wkłucia wenflonem. Nawet żyły kolegi, u którego w końcu udało mi się założyć to tępe badziewie, bały się dzisiaj mojego spojrzenia. Szczerze? Jedyne, co bardzo mi dzisiaj wyszło, to placki ziemniaczane po węgiersku. 
   Macie takie dni, gdy nic nie wychodzi? Czuję, że dzisiaj nawet moje psy mnie olały, zdecydowanie wybierając ciepły kocyk do leżenia zamiast przytulanie się do mnie. Pomyślałam sobie, że wezmę się za materiał do kolokwium, do konspektu z intensywnej terapii, ale próbując się na tym skupić, skupiałam się na odległych ode mnie kilometrach, nad dziwną pustką w mojej głowie. Co trzeba zrobić, by uwierzyć w to, że ,,wszystko musi być lepiej'' ? Przecież nigdy nie jest się tak nisko, żeby nie można było upaść jeszcze niżej, ale też żeby nie można było się wdrapać wyżej. Wiecie co? Chciałabym coś napisać, ale krytycy mojej poezji/twórczości/cokolwiek to tam jest jakoś studzą mój zapał. Zresztą co ja tam wiem o prawdziwym artyzmie. Opamiętowuję się zatem z ckliwymi tekstami jak to pięknie jest w wierszu, ,,bo może się stanie raz jeden cud'' - nie, chyba nie. Czuję, że dzisiaj zawiesił mi się system, zupełnie tak jak na moim wysłużonym laptopie, zupełnie jakbym przeszła tyle, co on. 
    Muzyka? Dzisiejsze odkrycie, które nazwałam ,,roluj swego kamjenia daleko'' ale tak naprawdę bardzo mi się podoba. Oesu, jaki ten dzisiejszy wpis jest infantylny. Czasami trzeba się odmóżdżyć. Mumford&Sons - Roll away your stone