Więcej niż możesz znieść

   Cześć, witam wszystkich czytelników. Ostatnio postanowiłam ograniczyć te codzienne wpisy. Myślę, że tak będzie zdrowiej, bo w innym przypadku moje posty będą nużące i nieciekawe, a ja sama wyzuta z pomysłów. Oczywiście zachęcam wszystkich do czytania nie tylko postów najświeższych, ale również tych z wcześniejszych miesięcy - na szczęście nie opisują ówczesnych wydarzeń, są ogólne. Bardzo się cieszę, że logując się przed chwilą zobaczyłam 1204 na wskaźniku wyświetleń. Uważam to za swój mały, pierwszy sukces czytelniczy i nie przypuszczałam, że kiedyś znajdzie się tak wiele osób, które może nawet z czystej antypatii do mojej osoby wejdą tu z zamiarem ,,hejtowania'' (Wam też dziękuję, nabijacie wyświetlenia <3 ) Oczywiście najserdeczniejsze podziękowania kieruję do wszystkich, którym moja strona się podoba i którzy lubią czasem poczytać coś innego niż szkolne lektury albo wirtualne Tablice . 
   Tak się zastanawiałam ostatnio, o czym mogłabym do Was zagaić, o czym by znów napisać i właściwie muszę być szczera, że nie miałam nic konkretnego, co wydałoby mi się interesującym, ciekawym do opisania i zajęcia Waszej uwagi. Mimo to ostatnio postawiłam sobie pytanie: co mnie ogranicza? Popatrzyłam na to w sposób, w jaki nigdy nie udawało mi się spojrzeć - spróbuj,chociażby po to, by później nie pluć sobie w przysłowiową brodę, nie zadręczać się wyrzutami sumienia, że nie się nie spróbowało. Otóż ostatnio spróbowałam zawalczyć o sylwetkę. Od tygodnia zmagam się z naprawdę wyczerpującymi (dla kogoś o tak słabej kondycji jak moja zabójczymi) treningami, męczę się, pocę i... walczę. Już po pierwszym dniu budząc się z bólem w mięśniach zdałam sobie sprawę, że to nie jest walka tylko o to, by pokazać atrakcyjną nogę czy brzuch na plaży( ta plaża na zbliżającą się porę roku lekko nieaktualna). To moja osobista walka o swoją samoocenę, o moje zmiażdżone poczucie własnej wartości, którego długo nie miałam i którego bardzo mi brakuje. Uświadomiłam sobie, że muszę spróbować i nie pozwolić swojemu mózgowi się ograniczać, ponieważ po pierwsze to ja chcę walczyć, nikt inny, a po drugie co stoi na przeszkodzie i jakie mogą być konsekwencje? Ból? Bólu już się nie boję - ćwiczę od 7 dni, być może dla kogoś ten dystans wyda się śmieszny, za każdym razem boli, ale nie poddam się - walczę o samoakceptację. Jeśli jest tu ktoś, kto się powstrzymuje albo powstrzymuje go mózg, to zacytuję dla niego słowa Ewy Chodakowskiej ,,Pamiętaj, że Twoje ciało może więcej niż podpowiada Ci mózg. Na pewno dasz radę!'' To mnie podniosło na duchu, gdy pierwszy raz walczyłam ze SKALPELEM i chociaż paliło cholernie, dokończyłam. To, że ,,nie możesz'' siedzi tylko w Twojej głowie i jest małym, wstrętnym chochlikiem, którego trzeba przydusić, bo na zbyt wiele sobie pozwala. Trzeba liczyć się, że mogą przyjść jakieś konsekwencje, pomimo tego, że wszystko brzmi słodko, słodkie nie jest. Należy przemyśleć, czy przy obecnym stanie zdrowia wszystkie ćwiczenia pasują, są odpowiednie. Ćwiczyć z głową.

   ,,Więcej niż możesz znieść'' taki tytuł nadałam temu postowi. Wydaje mi się, że mogę zrobić jeszcze więcej, czuję te endorfiny, które są ze mną od tygodnia (i one naprawdę są, a ja uwierzyłam dopiero, gdy spróbowałam). Nie komplikujmy sobie niczego - chcesz porozmawiać, zadzwoń, chcesz się spotkać - poproś, chcesz mieć przyjaciół - otwórz się na ludzi, chcesz walczyć o swoją sylwetkę (i może o psychikę, jak ja) - ćwicz! 
Na koniec tego długiego postu niesamowite tango i jak zawsze bezbłędny Sting symfonicznie Maja Kleszcz - Rebeka     Sting - Next to you