I coż, znów w Polsce. Sama się dziwię, że nie dostałam szoku termicznego po tym wysmażaniu w promieniach greckiego słońca. Chcecie wiedzieć, jak to jest być w morzu i oglądać szczyty górskie? Zapraszam na mój pomarańczowy materac dryfujący na morzu Egejskim (nota bene słonym jak diabli) w celu rozkoszowania wszelakich zmysłów cudem jakim jest pasmo gór Olimpu. Leptokaria jako miasto - cóż można rzec, najkrócej mówiąc nadmorski kurort z mnóstwem badziewia robionego pod turystów, przeplecionego niezwykłością greckiej kultury. Obiad nad morzem? Polecam. Wypoczynek pełną parą. Jednak to,czym byłam najbardziej oczarowana, to rejs na Skiathos. Czy może być coś piękniejszego niż czuć wiatr na twarzy, słuchać greckiej muzyki, tańczyć sertaki ( odmiana zorby ; nieudolnie próbować tańczyć), podziwiać gaje oliwne i wylegiwać się na skrzącym piasku plaży na Skiathos? Nie, byłam w niebie.

Widzę, że przez ten czas na blogu były pustki... Zapowiadam już teraz, niedługo chyba trochę ogarnę całość strony. Zmiany są dobre.
A tymczasem będąc daleko, miałam czas chwilami pomyśleć ( wbrew pozorom nie pojechałam tam tylko po to by się odmóżdżać, ale również by nabrać dystansu.) Może kogoś zainteresują moje przemyślenia.
Co trzeba zrobić, żeby się do czegoś/kogoś przyzwyczaić? Jak szybko? Zastanawiałam się nad tym, ponieważ mam paskudną cechę - nie potrafię się do niczego przyzwyczaić. Chciałabym być systematyczna, ćwiczyć, do czego zabieram się od dobrego miesiąca, a mimo to opona ciągle widnieje na moim brzuchu, uczyć się francuskiego, a nadal jedyne co umiem powiedzieć to ,,Nie rozumiem'' , być szczęśliwszą. Z drugiej strony ma to swoje zalety : nie potrafię się uzależnić. Nie ciągnie mnie do papierosów ani alkoholu, nie jestem zmuszona pić codziennie kawy a nawet herbaty, którą tak uwielbiam i o której myślałam, że nie potrafię bez niej żyć - otóż potrafię i to całkiem świetnie. Czy jest więc jakakolwiek rzecz, do której potrafię przywyknąć, prócz tych podstawowych oraz tych, które kocham? Moje filozoficzne rozprawy zamknęła jedna myśl : oczywiście. Każdy z nas ma takie myśli, z którymi się nie rozstaje, towarzyszące przez większość/mniejszość dnia, lecz codziennie. Doskonale wiem, że jest jeden temat, o którym potrafię pamiętać, nie opuszczać go ani na krok i to od wielu lat. Nie utrudnia mi on życia,nie zajmuje całego czasu,jednak wiem, że zawsze gdzieś jest i już zawsze gdzieś będzie. Myślę, że mogę zachować go dla siebie, ale zastanawiam się,czy Wy potraficie się przyzwyczajać? A może uzależniać?
Ech... Na podsumowanie tego długiego od dawna posta, bo mniemam, że komuś ich brakowało. Ostatnio czytając wpisy mojej przyjaciółki na jej blogu uznałam, że mój styl wypowiedzi można zaklasyfikować do wymiaru edukacji parzydełkowców. W takim razie może poproszę moich czytelników o jakieś obiektywne opinie?
Na całkowite zakończenie, bo jak zwykle, rozgaduję się Counting stars , bo musi być weselej.